Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 maja 2015

AA, płyn micelarny Ultra Nawilżenie

Są takie produkty do twarzy, które zużywamy w większych ilościach niż inne. U mnie produkty do demakijażu to jedne z ważniejszych w łazience. To właśnie dzięki nim moja skóra jest gotowa na dalszą część pielęgnacji. Można powiedzieć, że mam fioła na punkcie demakijażu, bo składa się on z 4 etapów. Ciekawi jak sprawdził się jeden z moich pomagierów ostatnich czasów?


Płyn dostajemy w poręcznej plastikowej butelce zamykanej na klapkę. Plus za to, że dotrzymała w całości ze mną do końca. Niestety, gdy płyn trafił w moje ręce miał już uszkodzenia na opakowaniu w postaci delikatnie zdartej naklejki (co widać), a wątpię że był mocno turbowany - minus dla szaty graficznej.  Na opakowaniu mamy wszystkie potrzebne i ważne dla nas informacje.


Nie ukrywam, że skład do lepszych się nie klasyfikuje. Niestety mamy dużo chemii, PEG, silikon, EDTA. Z dobrych składników mamy glicerynę, betainę, a pod koniec pantenol, alantoinę oraz kwas hialuronowy. No cóż naturalny to to nie jest skład.


Co do zapachu nie mogę się przyczepić do niczego. Kojarzy się z delikatnymi, słabo wyczuwalnymi białymi kwiatami. Nie drażni i nie powinien nikomu przeszkadzać. Chyba też nikogo nie zdziwi, że konsystencja jest standardowa dla płynów micelarnych. Na waciku, ani na twarzy się nie pieni. Niestety wydajność jest bardzo niska, ale z jakiego powodu to się dowiecie na koniec. 


Kosmetyki AA są szeroko dostępne, dlatego wiem że dostaniecie ten płyn prawie w każdej drogerii. Cena to ok 14 złotych za 200 ml. 


No i najważniejsze, czyli działanie. Pokładałam w nim wielkie nadzieje. Czytałam kilka pozytywnych recenzji, gdzie zmywał wodoodporne tusze, eyelinery i świetnie usuwał każdy typ makijażu. No i mamy problem! Rzadko kiedy ostatnio używam wodoodpornych kosmetyków, testowałam go dlatego na tych normalnych. I wiecie co? Albo to ja mam niezniszczalne kosmetyki, albo osoby którym zmywa wodoodporny makijaż mają kijowe wodoodporne kosmetyki. Niestety u mnie miał ten płyn problem nawet ze zmyciem podkładu, co w sumie nawet czysta woda potrafi. Żeby zmyć makijaż twarzy (do oczu się poddałam go używać) zużywałam 5 razy tyle wacików ile normalnie! To jakaś serio pomyłka! Może i był delikatny dla oczu, nie powodował szczypania, nie uczulił, nie pogorszył stanu cery, ale to nie to czego odczekuje od płynów micelarnych - które mają doczyszczać moją skórę! Jeszcze co dla niektórych z was będzie ważne - zostawia dość lepką powłokę na skórze. I chociaż ja jeszcze zawsze po myję twarz wodą i mydłem to i tak warto o tym wspomnieć, bo wiem, że niektóre z was już tego nie robią. Niestety dla mnie to porażka na całej linii i nie chcę do niego już nigdy wracać! Mam jeszcze jeden płyn micelarny z tej firmy i zobaczymy, czy będzie równie beznadziejny jak dzisiejszy bohater.


Przyznać się dziewczyny, która z was go miała. Jak się u was sprawdził? Równie źle, czy jesteście tymi szczęściarami, którym zmywał makijaż : ) Ja się cieszę, że miałam do pomocy inne płyny do demakijażu, bo bym chyba zwariowała przez ten czas, gdy go zużywałam!

sobota, 21 marca 2015

Remedium-natura, Naturalna Woda Różana

Po pierwsze: Chciałabym wam gorąco podziękować za to, że jesteście tu ze mną! Dzisiaj wybiło 600 obserwatorów na blogu, co stanowiło kiedyś całkowite marzenia nie do osiągnięcia. Jednak dzisiaj już wiem, że z wami jest wszystko możliwe! <3 Dziękuje wam za to, że wspieracie mnie i dajecie motywację do dalszego pisania, mimo że ostatnio jak widzicie opuszczam się w blogowaniu!

Wiele z was pod postem z ulubieńcami chciało bliżej poznać zachwalaną przeze mnie wodę różaną. Wspomniałam o tym, że ta ma najlepszy skład jeśli chodzi o znane mi wody różane.A wierzcie mi, że trudno dostać takie w gąszczu wód indyjskich, naturalnych, ekologicznych, spożywczych i innych. Jeśli jesteście ciekawe co mnie w tej wodzie tak zachwyciło to zapraszam!


Wodę otrzymujemy w plastikowej butelce wraz z atomizerem. Atomizer nie psuje się aż do teraz, a aplikacja dzięki niemu jest bezproblemowa. Szata graficzna butelki jest przyjemna dla oka. Śliczny obrazek ślicznej pani, która ma rzęsy do nieba może tylko i wyłącznie zachęcać. Chociaż umówmy się, że dla osób poszukujących eleganckich opakowań to nie jest najlepszy wybór. Jednak mam nadzieję, że moje czytelniczki bardziej doceniają świetne wnętrze niż eleganckie opakowani!


Skład jest idealny! Bez żadnych dodatków, tylko czysta woda różana! Wierzcie mi, że nie ma dużej ilości takich wód, a ja wychodzę z założenia, że najlepiej szukać tych o dobrych składach, bez dodatkowych ulepszaczy i konserwantów! Co natura to jednak natura!


 Na butelce z tego co zauważyłam strona firmy jest błędnie podana, dlatego TUTAJ jak klikniecie przeniesiecie się do strony produktu w sklepie. Za 250 ml tejże wody zapłacimy 14 złotych. Patrząc na skład i butelkę z atomizerem to cena jest bardzo przychylna!


Woda ta pachnie pięknie, delikatnie różano, że przyjemnością dla mnie jest jej używanie. Zapach po czasie ulatnia się z twarzy. Nie pozostawia na twarzy klejącej się warstewki. Dzięki atomizerowi możemy twarz spryskiwać lub też przecierać nasączonym wacikiem.


Co do samego działania. Kiedyś, gdy miałam inną wodę różaną stosowałam ją jako płukanki do włosów, dzięki czemu włosy nabierały blasku po myciu. Jednak tą postanowiłam używać jako tylko i wyłącznie toniku i tutaj jestem zakochana po uszy, bo chyba żaden tonik nie da mi tego co ona! Po umyciu, gdy twarz była lekko ściągnięta niwelowała to uczucie, przyjemnie odświeżając i przygotowując do dalszych działań pielęgnacyjnych. Rano po przebudzeniu moje oczy wołają o pomoc i tutaj woda różana na płatku działa jak magiczna różdżka. Oczy przestają szczypać i piec, a zaczerwienienie ich znika. Stosuję ją również na maseczki glinkowe, gdy zaczynają zastygać i w tym przypadku wydaje mi się, że polepszają ich działanie. Z racji, że używam jej już z ponad 2 miesiące widzę jej dalekosiężne działanie. Niestety moja cera jest często przygaszona, szarawa, zmęczona, niewyspana oraz z licznymi przebarwieniami. Dzięki wodzie różanej zmęczenie na mojej cerze jest co raz mniej widzialne. Szary koloryt znika, a przebarwienia jaśnieją. Jestem pewna, że to dzięki Witaminie C, która znajduje się w płatkach kwiatów róży. Nie wiem, czy cokolwiek innego jest w stanie mi zastąpić wodę różaną, dlatego jestem pewna, że do siebie powrócimy. A was zachęcam do wypróbowania, jeśli nigdy jej nie próbowałyście! Pamiętajcie tylko, by wybierać albo czyste wody różane, albo te, gdzie jest ona na najwyższym miejscu w składzie!


Chciałabym też zaprosić na rozdanie, wszystkich tych, którzy się jeszcze nie zgłosili! A myślę, że nagrody są całkiem ciekawe!


czwartek, 19 marca 2015

Bomb Cosmetics, Miodowa Maska do Włosów

Czas nadrabiać zaległości jakie mi się zgromadziły. Nawet nie wiecie ile ja mam wam kosmetyków do pokazania! Właśnie jednym z nich jest dzisiejsza bohaterka. Widzieliście już ją w ulubieńcach ostatnich miesięcy, a teraz poznacie bliżej. Ciekawi co sprawiło, że ją tak pokochałam?


Maska opakowana jest w plastikowy kubeczek, który wyglądem przypomina trochę wszelkie twarogi do sernika, tylko w wersji mini. Nie ukrywam, że takie kubeczki, czy też słoiczki są dość wygodnym rozwiązaniem. A dla tej maski nie widzę innego rozwiązania! Szata graficzna jest typowa dla kosmetyków tej marki, słodka lekko retro. Na opakowaniu naklejona jest naklejka w języku polskim z opisem producenta oraz stosowaniem.


Skład jest dość krótki i może nie należy do tych najlepszych jakie widziałam, ale też nie zabija! Mamy tu emolient tłusty (cetearyl alcohol - nie jest to alkohol denat, nie macie się czego obawiać!), dalej roślinna amina pochodząca z Oleju Brassica, składnik wykorzystywany do produkcji polimerów, kwas aparaginowy - jest to aminokwas endogenny. Dalej mamy konserwany, olej z orzechów kukui, olejek Yank-Yang,  następnie konserwant, humektant, zapach. Zastanawia mnie tylko jedno, dlaczego jest to maska miodowa, skoro nie ma go w składzie?


Konsystencja tej maski jest rzadko spotykana. Jest to bardzo gęsta maska, której naprawdę niewiele trzeba by pokryć całe włosy. Przypomina w konsystencji ciepły wosk Yankee Candle, który już jest gęsty i w postaci stałej. Myślałam, że wystarczy mi na bardzo krótki czas, a tu niespodzianka! Jest okropnie wydajna! Zapach może nie zachwyca, bo raczej to zapach delikatnie kwiatowy, z domieszką perfum leciwej pani :  ) Jednak ja ją używam przed myciem i zapach nie zostaje na włosach.


Kosmetyki Bomb Cosmetics nie są często spotykane w sklepach. Ja swoją kupiłam w Zielonej Mydlarni, ale wiem, że kosmetyków tej firmy już tam nie ma. Dlatego musicie szukać w internecie. Cena jej to 40 złotych co z jednej strony jest całkiem dużą sumą, ale z drugiej jest tak wydajna, że dla mnie to jak 2 lub nawet 3 tańsze maski!


Co do działania, bo to tu jest najważniejsze to jednego jestem pewna - jest powalający! Zwiększa objętość moich fal, dzięki czemu moje włosy stają się bliskie ideału. Świetnie je wygładza i dociąża. Ja maskę zawsze nakładam przed umyciem włosów i zazwyczaj muszę użyć odżywki na sam koniec. W tym wypadku nie ma takiej potrzeby! Włosy nabierają błysku i muszę przyznać, że ten błysk jest widoczny nie tylko dla mnie. Dzięki zwiększonej objętości fal, a raczej ich rozluźnienia nie mam problemu z ułożeniem fryzury. Włosy stają się sypkie i miłe w dotyku. Jedyny minus w tym przypadku to niezbyt przyjemny zapach jak dla mnie, ale  myślę, że znajdą się i jego zwolennicy. No i zastanawia mnie czemu jest nazwana "miodowa", skoro w składzie miodu brak. Jedyne co mogę podejrzewać to fakt, że ma bardzo podobną konsystencję jak skrystalizowany miód i możliwe, że ma dodatek zapachu miodowego. Ja wam ją gorąco polecam wypróbować, bo myślę że naprawdę warto!


Dajcie znać czy ją miałyście i pamiętajcie o rozdaniu !

http://rarityikosmetyki.blogspot.com/2015/03/wiosenne-rozdanie-u-rarity.html

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Iwostin, Purritin Rehydrin, Krem przywracający nawilżenie

Wiecie, że uwielbiam kremy do twarzy. Prawda? Jak na razie mam swoich ulubieńców, ale jaką blogerka bym była, gdybym nie próbowała innych? Dzisiejszy bohater skończył się tak nagle, że nawet nie zauważyłam kiedy! A to oznaka, że trzeba o nim wspomnieć. Gotowi? Raz dwa TRZY! (PS. Trzymajcie jutro kciuki, bo mam egzamin z toksykologii klinicznej!)


Krem znajduje się w prostej, miękkiej, plastikowej tubce. Niestety na tubce nie ma napisanego składu (a zmieściłby się). Zamykana jest na klapkę, co nie jest najbardziej higienicznym zamknięciem jeśli chodzi o kremy, ale i tak lepszym niż słoiczek. Z klapką nie ma problemów i nasze paznokcie powinny zostać na swoim miejscu. Tubka opakowana jest w kartonik, na którym zamieszczone są wszelkie informacje na temat produktu. Szata graficzna jak na Iwostin przystało jest prosta, delikatnie apteczna.


Kosmetyki apteczne/dermatologiczne nie mają naturalnych składów. Niestety nie możemy oczekiwać, że w takich produktach będzie sporo natury. Dlatego w takich kremach tego nie oczekuję.  Nie znajdziemy tutaj parafiny, co jest dla mnie ważne, ale za to mamy PEG'i. Na drugim miejscu mamy substancję ułatwiającą rozprowadzanie kremu. Następnie jest sól aluminium. I tutaj moja wina, że znów nie popatrzyłam dokładnie na skład, bo staram się omijać tego typu substancje. Jej zadaniem jest matowienie skóry. Obiecane minerały z wody Iwonicza są przy końcu składu. 


Zapach jest tak delikatny, że już przy aplikacji jest niewyczuwalny. Nie powinien nikomu przeszkadzać, ani drażnić. Konsystencja kremu jest bardzo lekka, dobrze się rozprowadza i szybko wchłania, nie zostawiając żadnego nieprzyjemnego filmu na skórze. Niestety to chyba jeden z najmniej wydajnych kremów jakich miałam.Wystarczył mi na 1,5 miesiąca, co jest takim średnim wynikiem, ale też przecież nie wydajemy kroci na ten krem.


Cena kremu to ok 20 złotych, a sam Iwostin dostępny jest w SP i innych aptekach. Jeśli się nie mylę to chyba również w Hebe.


A teraz najważniejsze. Jak działa krem? Nie mogę powiedzieć, że był zły. Delikatnie nawilżał, jednak nie było to nawilżenie jakiego potrzebuję w okresie jesienno-zimowym. Dlatego propozycja producenta o tym, by stosować go 2 razy dziennie nie mogła być przeze mnie spełniona. Na noc potrzebowałam czegoś lepiej działającego. Dobrze współpracował z podkładami, nie wysuszał, ani nie podrażniał. Co dla mnie ważne nie uczulił, ani nie spowodował wysypu niedoskonałości. I gdyby nie to, że dość słabo nawilża to nie miałabym mu nic do zarzucenia. Jednak dobrze matowił skórę, jeśli to dla kogoś ważne. Ja natomiast jak wiecie mam obsesję na punkcie nawilżania skóry i jej odżywiania, mimo że posiadam cerę mieszaną. Dlatego wątpię, że do niego kiedyś wrócę. Jednak nie okazał się klapą jak wersja dla wrażliwych skór, za co wielkie dzięki dla niego!

Miałyście z nim do czynienia? A może również kierujecie się w stronę natury i mocnego nawilżania?

No i przypominam wam, że rozdanie z rosyjskimi kosmetykami kończy się już w tym tygodniu!


poniedziałek, 1 grudnia 2014

Ulubieńcy listopada 2014! - piątka najwspanialszych!

Dzisiaj chwalimy kosmetyki, które odkryłam lub namiętnie użytkowałam w tym miesiącu. A o czym mowa? To zapraszam dalej! O dziwo w tym miesiącu wyselekcjonowałam tylko 5 najmocniejszych!

Zacznijmy od pielęgnacji, bo to jej jest więcej w tym miesiącu : )


 Evree, Balsam regenerujący - niesamowicie przyjemny balsam, który świetnie nawilża i ma naprawdę przyjazny skład. Świetnie się sprawdza rano jak i wieczorem. W najbliższym czasie spodziewajcie się recenzji, bo warto o nim więcej napisać!


Sylveco, oczyszczający peeling do twarzy - nie przypominam sobie bym miała kiedykolwiek lepszy peeling do twarzy. Jest delikatny, a zarazem genialny! O nim też napiszę już niedługo.


Czarne Mydło - pamiętacie jak nie byłam przekonana do czarnego mydła? Wszystko się zmieniło, gdy zaczęłam używać tego. To mydło to mocarz! I kocham na równi z mydłem Aleppo, zapewne w przyszłości będę je zamiennie używać. Stawiam, że to dzięki niemu moja skóra ostatnio dochodzi do siebie.


MAC, Impassioned i Heroine - Przepadłam, te dwie szminki zabiły mnie i rozkochały w sobie! Nie miałam nigdy lepszych, ładniejszych i już żadna szminka nie będzie taka super. Impassioned na ustach wygląda tak energetycznie, tak żywo i seksownie, że nie potrafię się opanować. Od dwóch miesięcy używam jej prawie non stop. Od dwóch tygodni ma swojego zmiennika, czyli Heroine. Dziewczyny jeśli lubicie fiolety to wierzcie mi to jest to! U mnie wygląda tak elegancko i tak spokojnie, że noszę ją codziennie rano i jak wychodzę wieczorem. Jakość jest niesamowita, ale co ja wam będę opowiadać! Zobaczycie i przeczytacie więcej jak w końcu zrobię im zdjęcia na sobie : )

Macie coś z moich miesięcznych faworytów? A co wam wpadło w oko w tym miesiącu?
I proszę zwyciężczynie rozdania z full mellow o adres do wysyłki, bo będę musiała wylosować nową osobę : )

niedziela, 9 listopada 2014

Tołpa, Orzeźwiający tonik-mgiełka 2 w 1

Ten weekend należy do tych drastycznych weekendów, kiedy to o godzinie 20 muszę wypić kawę, by wytrzymać chociaż do 21. Niestety tak to jest, gdy cały weekend studia, a potem jeszcze szkoła. Sama chciałam, więc nie narzekam, ale siły brak trochę : c

Dzisiejszy bohater to produkt, który jest dość specyficzny. Przyznajcie się bez bicia, która nie używa toniku? No właśnie! Część z was w ogóle go nie używa, druga część uznaje go za zbędnego i użyje od czasu do czasu, a ostatnia część tak jak ja nie wyobraża sobie życia bez nich.


Tonik o którym dzisiaj wam opowiem jest produktem 2 w 1 i można go używać również jako mgiełkę do odświeżania twarzy w ciągu dnia. Jednak ja nie lubię psikać na twarz czegokolwiek innego niż wody termalnej, dlatego produkt wylądował tylko jako tonik. I jak się sprawdził? O tym zaraz. Zacznijmy od spraw technicznych. Produkt Tołpy zamknięty jest w białej, plastikowej butelece z atomizerem. Atomizer nie psuje się w połowie produktu i do końca jest możliwość go używania.


Pachnie dość świeżo, kwiatowy. Wyczuwalne nuty to róża i stokrotka. Niestety ten jaśmin nam się gdzieś schował. Nie mam mu tego za złe, ale trochę szkoda, bo zapach jaśminu kocham. Nie jest męczący to zapach, jednak dość intensywny i lekko chemiczny. Mimo wszystko na skórze przestaje pachnieć i nie ma z tym problemu.


Z wydajnością też nie jest źle, bo wystarcza go na ok. 1,5 miesiąca użytkowania dwa razy dziennie. Jednak zaznaczam, że wygodniej mi go jest aplikować na wacik i nie żałuję go sobie, dlatego jeśli ktoś go będzie używał za pomocą atomizera to potowarzyszy mu hohoho. Jednak pamiętajcie musimy go zużyć do 3 miesięcy od otwarcia.


Skład jak widzicie nie jest zły. Na samym początku mamy wodę różaną, a dalej ekstrakty z torfu, stokrotki, jaśminu. Uważam, że nie ma się czego tu obawiać i można wypróbować.

Na opakowaniu w dodatku widzimy wiele różnych ciekawostek, które podnoszą na duchu : ) To tak tylko a propo


A teraz najważniejsze! Czyli działanie! Jeśli używamy jakiegoś kosmetyku to zależy nam na tym by dział i pomagał nam w utrzymaniu zdrowego wyglądu. Jak wiele razy wspominałam do mycia twarzy używam różnego typu mydeł, niestety po kontakcie z wodą moja skóra jest bardzo ściągnięta i potrzebująca natychmiastowo załagodzenia. Tak właśnie działał ten tonik. Natychmiastowo koił i delikatnie nawilżał skórę, dzięki czemu była gotowa przyjąć kremy. Gdy odstawiłam go na kilka dni zauważyłam, że skóra nie jest już w tak dobrym stanie i potrafi się sypać, dzięki czemu jak najszybciej do niego wróciłam i teraz delektuje się resztkami produktu! Efekt jaki uzyskuję dzięki niemu jest porównywalny do efektu po toniku Sylveco.
Cena tej mgiełki to 21 złotych, jednak aktualnie tak często są promocje w Super Pharm na Tołpę, że zapewne będzie można dostać tonik o wiele taniej : )


Znacie ten tonik? Lubicie? Dajcie znać!

I pamiętajcie o rozdaniu z Yankee Candle! Zostały tylko 4 dni! <3


piątek, 25 lipca 2014

The Secret Soap Store, Shea Line Foot Cream

Ręka do góry kto nie lubi kremów do stóp! Nienawidziłam kremować stóp, chyba to była jeszcze gorsza rzecz niż balsamowanie i wiecie co? Do czasu! Kiedy zauważyłam, że jednak to całe kremowanie coś daje. Przez ostatnie dwa miesiące wyrobiłam w sobie nawyk kremowania i już nigdy nie zrezygnuję. Dzisiejszym bohaterem notki jest krem od The Secret Soap Store, który był w moich ulubieńcach maja i czerwca. Co więcej mogłabym powiedzieć, że w ulubieńcach lipca też mógłby być. Jedyne za co przeprasza to to, że zdjęcie już jest wymęczonej bardzo tubki, ale po prostu zapomniałam zrobić mu na początku zdjęcie : ) Po tych peanach pochwalnych zapraszam was na pełną recenzję.
 Opakowanie
Krem zamknięty jest w metalowym opakowaniu, na którym niestety nie znalazłam składu, ale to dlatego, że posiadam wersję testerową. W normalnej wersji jest inna naklejka przednia, a produkt zapakowany jest w pudełeczko.

Skład
Już na drugim miejscu jest masło Shea, którego jest aż 15%, potem mamy glicerynę, mocznik, Olej avocado. Dalej znajdziemy lecytynę, alantoninę. Najlepszy skład kremu do stóp jaki widziałam.

Aqua, Shea Butter, Ceteareth-20, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Glycerin, Parfum, Urea, Avocado Oil, Dimethicone, Acrylamide/Sodium Acrylate Copolymer, Trideceth-6, Tocopheryl Acetate, Ascorbyl Palmitate, Lecithin, Alantoin, Benzoic Acid, Dehydroacetic Alkohol, Phenoxyethanol, Poliaminopropyl, Biguanide, Ethylhexyglycerin, D-Limonene, Citral, Linalool.

Od producenta
Krem do pielęgnacji suchej skóry stóp. Dzięki wysokiej 15% zawartości masła Shea, jest znakomitym kosmetykiem dla każdego rodzaju naskórka. Po aplikacji skóra jest zregenerowana, gładka i delikatnie natłuszczona. Dodatkową zaletą jest delikatny, cytrynowy zapach
 Zapach
Tak jak producent mamy tu do czynienia z zapachem cytrynowym. Nie jest on tak sztuczny jak w większości kremów do stóp. (i tu pytanie dla was, czemu 90% kremów do stóp ma zapach cytryny, a nie np. arbuza?!) Nie jest nachalny, a w dodatku nie utrzymuje się na skórze, dzięki czemu nawet wrażliwym nosom nie będzie przeszkadzał.

Konsystencja, wydajność
Krem jest bardzo gęsty! Nie jest to typowy krem, a naprawdę gęste mazidło, które można by nawet nazwać masłem do stóp. Jednak mimo swojej gęstości, zadziwił mnie szybkim wchłanianiem i po 10 minutach po aplikacji naprawdę grubej warstwy na stopy mogę spokojnie przejść się do kuchni po wodę na dobranoc. Krem wystarczył mi na 2 miesiące, ale nie ukrywam, że go nie oszczędzałam.

Cena, dostępność
W Krakowie mamy to szczęście, że możemy kupić kosmetyki The Secret Soap Store stacjonarnie w Galerii Krakowskiej w nowym pasażu. Jednak wiem, że nie wszyscy mieszkają w Krakowie, dlatego krem można dostać TUTAJ za 20,99.

Działanie, opinia
Jak już wiecie krem był w moich ulubieńcach i to nie przez przypadek. Od chodzenia na niemiłosiernie wysokich koturnach i obcasach moje stopy były w ciężkim stanie, naprawdę potrzebne im było dobre nawilżanie (i złuszczanie - ale tu skarpetki nie dały sobie rady...). Ten krem spowodował, że każdego dnia budziłam się z co raz lepszymi stopami. Stały się nawilżone, odżywione i delikatne. W dodatku lepiej się również mają moje paznokcie, które też dostały sporą dawkę odżywienia. Dzięki temu kremowi nie pamiętam już ciągle pękających pięt, czy też poduszeczek z przodu :) Nie widać też suchych placków. Czas idealny na pokazywanie stópek w sandałkach no i mogę je pokazywać bez przeszkód. Krem ma ode mnie 6 punktów na 6. Ustanawia go jak na razie w pozycji ulubionego kremu do stóp i jest jednym z ulubionych kosmetyków roku 2014. W zapasach mam jeszcze parę kremów i jeszcze jeden chcę wypróbować, ale do tego wrócę!
A wy miałyście ten krem? Co o nim myślicie? No i jeszcze niech mi ktoś wytłumaczy, czemu ten zapach cytryny jest w każdym kremie do stóp!

wtorek, 22 lipca 2014

Avon naturals, Balsam do ciała Morela i Masło Shea

Za każdym razem, gdy używam balsamu mam wrażenie, że nigdy się nie skończy. Używam dwa razy dziennie, a  ten jest i jest. Czasem się cieszę, że jest wydajny, ale mając tyle zapasów co ja (bo oczywiście nienawidzę się balsamować, ale balsamy to bym tonami kupowała) po postu wydajność to nie jest dobra rzecz : p Dlatego przy smarowaniu 2 razy dziennie pozwalam się skończyć balsamom po 2/3 tygodniach. Dlatego zdziwienie było co do dzisiejszego bohatera z firmy za którą nie przepadam i chyba naprawdę jeśli mam jeszcze coś kupić z tej firmy po za szminkami to moment kupna, będzie tym momentem kiedy ślepnę.
Dzisiejszy bohater popisał się wydajnością. Ale na plus czy na minus? O tym dowiecie się dalej.

Opakowanie
Balsam umieszczony jest w plastikowej butli z oszczędnym nadrukiem moreli. Na opakowaniu zawarte są informacje takie jak sposób użycia, zdanie od producenta, czy też skład. Niestety butla wykonana jest z twardego plastiku, dlatego przewiduję problem w wydostaniu resztek. Butelka w dodatku zamykana jest na klips, co aktualnie nie utrudnia pracy z produktem, a gdy już nie będzie dawał, to wtedy odkręcamy. Jedyny minus opakowania to to, że właścicielki długich paznokci mogą je sobie połamać na tym zamknięciu (ja otwieram zębami)

Od producenta
Odżywia skórę, nadaje jej aksamitną gładkość i długotrwałe nawilżenie

Skład
To jest jedna porażka.. naprawdę nie wiem co tu by mogło działać...
Aqua, Mineral Oil, Glycerin, Stearic Acid, Stearate, PEG-100 Stearate, Dimethicone, Petrolatum, Caprylic/Capric Trigliceride, Parfum, Phenoxyethanol, Cetyl Alcohol, Methylparaben, Carbomer, Potassium hydroxide, Acrylates/C10-30 alkyl Acrylate Crosspolymer, Disodium EDTA, Alcohol Denat, Butyrospermum Parkii (SHEA) Butter Extract, Prunus Armeniaca (Apricot) Fruit Extract, Cl19140, Cl 15510, Citral, Linalool, Hexyl, Cinnamal, Limonene

Zapach
To niewątpliwie plus tego produktu. Pachnie dokładnie tak jak morelowy jogurt. Zapach słodziutki, przyjemny, otulający. Szkoda, że tak krótko się utrzymuje na ciele, ale przynajmniej aplikację uprzyjemnia.

Konsystencja, wydajność
To taki typowy lotion, rzadki, lejący. Miałam do czynienia z takimi, ale nawet wtedy starczały na dłużej. Ten lotion wystarcza na max 8 dni i to używając raz dziennie! To jest po prostu niewybaczalne. Gdybym wzięła go na 2 tygodniowe wakacje czułabym się rozczarowana, a w dodatku musiałabym kupić jakiś balsam..

Dostępność, cena
Wizaż mówi, że te balsamy kosztują ok.17 złotych w katalogu Avon. To chyba jeden z najdroższych balsamów, które miałam. Wychodzi, że jedno balsamowanie to ponad 2 złote! Jeszcze, gdyby skład powalał na nogi. Oczywiście powala w sposób negatywny...

Działanie, opinia
Ten drogi, niewydajny balsam o pięknym zapachu i beznadziejnej wydajności nie robi nic. Dosłownie! Moja skóra jest po nim chyba nawet bardziej sucha niż była. A na pewno kolana i łokcie. Nie używałam go długo, bo starczał na 8 aplikacji, ale już zdążył wysuszyć. To zapewne wina tego Alcohol denat - naprawdę nie wiem co ten składnik robi w balsamie do ciała! W dodatku PEGi i parabeny na początku składu.. Przepraszam za co tu sobie życzą 17 złotych? Bo balsamy z lepszym składem są tańsze lub kosztują tyle samo co ten... Na plus to tylko zapach i to, że wchłania się szybko, tylko nie wiem czy w tym przypadk uto dobrze się wchłania...

A wy miałyście tego bubla? Może u was inaczej się sprawdził?

niedziela, 20 lipca 2014

BANDI, Maska ściągająca z glinką - proffesional line

Kiedy są takie upały na zewnątrz to kompletnie nic mi się nie chce. W dodatku fakt zasypiania o 4 i budzenie się o 12, sprawił, że rozregulowałam sobie całkowicie dzień i nawet nie mam kiedy zrobić zdjęć na bloga... No ale trzeba sobie jakoś radzić. Dzisiaj przychodzę do was z kolejną recenzją BANDI, a przed nami jeszcze jedna recenzja z bublem, ale to muszę się do niej zabrać poważnie : ) Jak pamiętacie ostatnio maseczka drożdżowa do twarzy BANDI okazała się totalnie przeciętna, tak samo jak krem do twarzy na dzień. A jak sprawdziła się Profesjonalna ściągająca maska z glinką?
Opakowanie
Tuba typu Airless zamknięta jest w papierowym pudełeczku, na którym napisane są wszelkie potrzebne informacje. Niestety jak wyrzucimy ten kartonik to na tubie nie znajdziemy już np. składu. Muszę też dodać, że aplikator bardzo ciężko chodzi i trzeba się namachać by produkt wydostał się z opakowania

Od producenta
 Skład
Znajdziemy tu białą glinkę (ja bym chyba bardziej tu widziała zieloną, ale no dobrze), bentonit, który oczyszcza i odtłuszcza, w dodatku pomaga we wnikaniu substancji aktywnych, parafinę (po co oni tutaj tą parafinę wrzucili?!), panthenol, który nawilża i ekstrakty z kiełków pszenicy i ekstrakt z komórek drożdży (czytając to przypomniałam sobie ćwiczenia z mikrobiologii i trochę mnie odrzuciło hehehe, ale nie będę wam mącić w głowie, bo to śmierdzi i wygląda okropnie !)
 Zapach
Nie razi w nozdrza, jest dość delikatny i profesjonalny, z lekką nutką ziemistości.
Konsystencja, wydajność
Maskę używam regularnie od prawie 2 miesięcy, około 1 raz w tygodniu, a zużycie nie jest duże jak widać na zdjęciu. Jest to gęsta maska, ale dzięki temu nie trzeba jej aż tak wiele by pokryć całą twarz i nie jest to trudne. Zapewne dzięki parafinie w składzie jest to ułatwione i rozprowadza się podobnie jak maski kremowe. Zasycha w ciągu tych 15 minut pod koniec, ale nie ma żadnych kłopotów z jej zmyciem. Nie brudzi również wokół wszystkiego.

 Dostępność, cena
Kosmetyki BANDI pojawiły się w Hebe, jednak to jest linia profesjonalna dlatego możemy ją zakupić w sklepach internetowych czy też na targach kosmetycznych. Cena to 59 złotych. Według mnie to całkiem sporo... Ale jeśli ktoś jest gotowy by tyle wydać to TUTAJ ją znajdziecie

 Działanie, opinia
Ostatnimi czasy w tym ukropie moje pory mają tendencję do rozszerzania, a buzia lubi się błyszczeć. Uznałam, że ta maska może okazać się lekiem na całe zło. W końcu przecież jest ściągająca, a w dodatku z linii profesjonalnej. Jeśli mamy podrażnioną skórę, to nakładając maskę miejcie na uwadze, że może trochę podszczypywać, jednak po minucie to przechodzi. Gdy zmywamy maskę po tych 15 minutach (ja przedłużam do 20) czujemy, że skóra jest oczyszczona, lekko rozjaśniona, odtłuszczona, a pory ściągnięte. Nie jest zaczerwieniona, ani podrażniona. Brzmi jak ideał, prawda? Niestety tak nie jest. Ten efekt utrzymuję się tylko przez jakieś 4 godziny. Potem stan cery wraca do normy. Czy zauważyłam jakieś długotrwałe efekty po tych dwóch miesiącach? Niestety nie... Maska dostaje ode mnie 3 punkty na 6.  Nie wiem czemu mam taki problem z tymi kosmetykami BANDI, ale nie umiemy między sobą miłości wyrobić...
A wy miałyście tą maskę? A może zachwycił was jakiś produkt z BANDI tak bardzo, że może i ja się w nim zakocham? Dajcie znać!