Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do twarzy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 kwietnia 2015

AA, Krem intensywnie nawilżający 24h

Przepraszam za moją nieobecność, ale niestety nowa praca i studia to ciężki orzech do zgryzienia. Wczoraj to z łóżka nie wyszłam do momentu wyjścia do pracy. Ale przecież na świece zarobić trzeba, prawda?! Dzisiaj przychodzę do was z recenzją kremu, który pojawił się w moich ostatnich ulubieńcach. Zapewne, gdybym przeczytała skład do końca na początku oddałabym go mamie, ale został u mnie i jestem z tego powodu bardzo zadowolona. Krem ten zbiera szereg pozytywnych recenzji i nie dziwię się. Dlatego zapraszam do poznania go z bliska!


Krem zapakowany jest w kartonowym pudełeczku, dodatkowo zabezpieczonym folią. Dxata graficzna typowa dla AA, całkiem przypominającą produkty profesjonalne.  W pudełeczku znajdujemy biały, prosty, plastikowy słoiczek, który urodą nie grzeszy, ale przynajmniej ma folię ochronną, która broni przed sklepowymi macaczami! Co prawda słoiczek to nie najbardziej higieniczne opakowanie, ale trzeba się z tym pogodzić, że większość firm nie ma w swojej ofercie opakowań typu airless.


I tutaj mam kilka słów do powiedzenia. Niestety, ale krem składu to najlepszego nie ma..na 6 miejscu jest parafina, którą przeoczyłam, gdy zaczęłam używać. Jednak po oświeceniu siebie samej, że skład no nie powala uznałam, że będę dalej go używać i zobaczymy co z tego wyjdzie. Krem jest na bazie gliceryny oraz triglicerydów, w składzie ma też ekstrakty, panthenol, ceramidy.


Zapach kremu jest neutralny, dość kremowy z nutą kwiatową, jednak na pewno nie drażniący. Nie utrzymuje się na skórze. Co do konsystencji to jest ona dość gęsta, zwarta, ale nie ma żadnych problemów z rozsmarowaniem. W dodatku bardzo szybko się wchłania nie zostawiając żadnej powłoczki. Jest okropnie wydajny! I spokojnie starcza mi na ok. 4 miesiące używania! 


Produkty AA są dostępne już wszędzie. A cena tego kremu bez promocji to niecałe 20 złotych, za taką sumę myślę, że warto wypróbować. Jeśli nie przypadnie waszej buzi do gustu, to jestem pewna, że szyja ucieszy się z dodatkowego kremu!


Mam skórę mieszaną w kierunku tłustej, a w dodatku ze skłonnościami do wyprysków. Aktualnie jest ona uregulowana i nie sprawia większych kłopotów, jedynie dzięki dobrym oczyszczaniu twarzy oraz nawilżaniu! U mnie nie znajdziecie kremów matujących, chyba że stosuję go jako bazę pod makijaż (już na krem nawilżający). I w sumie przyznam się, że mam obsesję na punkcie nawilżania - to jest mania, co zapewne widać po moim blogu. Krem zachęcił mnie obietnicą intensywnego nawilżania, nawet 24 godzinnego! Zaczęłam go używać jak zwykle bez przekonania i nawet nie wiecie jak miło mnie zadziwił. Po stosowaniu go ponad 2 miesiące nie spowodował żadnego wysypu, zero nowych zaskórników. Nie wiem co to przesuszona, czy też podrażniona skóra wiatrem, zimnem, czy też zmianami temperatur. Zrolowany podkład? To na pewno nie przy tym kremie. Świetnie dogaduje się z każdym podkładem jakiego używam. Skóra jest świetnie nawilżona, odżywiona i zregenerowana. Jest ratunkiem dzień po użyciu kwasów i całkowicie łagodzi podrażnienia. I jedyny jego mankament to fakt, że jego skład nie jest naturalny. Jednak nie zaprzeczam, że kiedyś nie kupię go kolejny raz. Polecam go osobom, które mają suchą skórę, ale też tym, które mają taką jak ja - proszę was przekonajcie się do nawilżania, bo pewnym czasie buziap rzestanie się wam błyszczeć, obiecuję!


A teraz przyznajcie, która z was miała ten krem i go polubiła, a która nie. Ręka do góry!

niedziela, 12 kwietnia 2015

Moja Mama Testuje, czyli SKINETIC, Nawilżający krem na pierwsze zmarszczki

Po pierwsze chciałabym się też tu pochwalić, że zdałam egzamin zawodowy - kwalifikację A61 i od teraz jestem zawodową kosmetyczką! Co prawda na razie tylko twarzy, szyi oraz dekoltu, ale zawsze! Cieszę się ogromnie, bo zdałam za pierwszym razem i mam to z głowy!
Druga sprawa, że byłam na targach kosmetycznych i zwariowałam! Ale opanowałam się! - jesteście dumne?
To tyle jeśli chodzi o sprawy: co u mnie: ) 

Kilka słów wstępu co do samego kremu się wam należy. Krem stosowała moja mama i smutno jej na myśl, że krem się skończył, ale obiecałam wyrazić jej zdanie na blogu. Krem pod oczy marki SKINETIC bije rekordy popularności każdego miesiąca, dlatego wyszłam z założenia, że i krem do twarzy was zainteresuje. No dobra to kto ciekaw, czy  krem odmłodził moją mamusię?


Dla osób, które pierwszy raz czytają post z recenzją mojej mamy muszę przybliżyć typ jej skóry. Z racji wieku nie ma już tylko pierwszych zmarszczek (nad czym ubolewa). W dodatku ma skórę suchą z problematycznym podbródkiem. Ma niesłychanie wrażliwą i alergiczną skórę (ma również alergię na wodę z kranu!). Kolejną kwestią jest fakt, że jest bardzo wrażliwa na zapachy i większość dla niej jest nie do zniesienia! (dobrze, że nie mieszkam na co dzień w domu, bo by nie przeżyła moich świec!). Jak już wiemy podstawę, to przejdźmy do konkretnych informacji.


W kartonowym pudełeczku, które ucierpiało podczas podróży do mamy znajduje słoiczek ze szkła. Słoiczek jak zobaczycie jest przeźroczysty, dzięki czemu widać zużycie. Słoiczek jest zakręcany białą nakrętką i nie ma przy tym żadnego problemu. Moja mama jest zadowolona, a ja jak wiecie wolę opakowania typu airless. Dodam, że słoiczek do samego końca wygląda bardzo estetycznie. Sama szata graficzna jest przyjazna, minimalistyczna i przypomina mi trochę kosmetyki gabinetowe.


Jak widzicie skład nie należy do tych najbardziej wyszukanych, bo już na samym początku mamy parafinę, co nie przeszkadza mojej mamie, a wręcz wydaje mi się, że pomaga jej w zimę, bo chroni jej suchą skórę przed podrażnieniami i dodatkowym wysuszeniem przez mróz. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to fakt, że w składzie w końcu napisali poprawnie, że jest ekstrakt z komórek macierzystych, a nie że są komórki! Za co plus - nie okłamują (chociaż w opisie już piszą komórki...) W połowie składu widzimy kilka aminokwasów - co jest rzadko spotykane. I trzeba przyznać, że jak na początku kremu skład nie zachwyca to już środek jest przyjemny. Na ostatnim miejscu mamy zapach, dlatego też mogła go moja mama używać.


Krem jest dość lekkiej konsystencji, która szybko się wchłania. Nie trzeba go wiele, a dla mojej mamy był całkiem wydajny, bo wystarczał na 3,5 miesiąca.  Zapach kremu jest bardzo delikatny, wchodzący delikatnie w kwiatowe nuty.

Cena kremu to przynajmniej na doz.pl to 24 złote. Niestety nie wiem jak z dostępnością, ale podejrzewam, że w super pharm można go dorwać no i oczywiście na doz.pl : ) Krem jest produkowany przez firmę Oceanic, to ta, która też produkuje AA : )


Zastanawiacie się zapewne teraz, czy w takim razie warto poszukiwać tego kremu. Jeśli wam parafina nie straszna to moja mama uważa, że warto! Widzi znaczną różnicę pomiędzy tym kremem, a innymi niż miała. Na samym początku dzwoniła do mnie i mówiła, że nie łuszczy się jej skóra oraz, że jest optymalnie nawilżona. Nie ściągało jej skóry, nic nie piekło. Krem nadawał się pod podkład i nie rolował go. Bardzo szybko się wchłaniał, pozostawiając skórę wygładzoną i delikatną. Po tych 3 miesiącach używania moja mama zauważyła spłycenie tych płytszych zmarszczek oraz poprawę w kolorycie skóry. Oczywiście nie jest to jak efekt po liftingu, czy innych inwazyjnych zabiegach, ale jest zauważalny. Gdy robiłam zdjęcia moja mama była zasmucona faktem, że się kończy i że krem, który ostatnio używa jest beznadziejny porównując go do tego. Zapach kremu nie drażnił mojej mamy, a samo mazidło nie uczuliło. Mimo parafiny w składzie nie pojawiły się żadne wypryski na brodzie. Czy mama wróci do niego? Myślę, że tak chociaż z tego co wiem aktualnie przeżywa fascynację żelem hialuronowym : )


Dajcie znać jak u was się sprawdził ten krem jeśli go miałyście!

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Iwostin, Purritin Rehydrin, Krem przywracający nawilżenie

Wiecie, że uwielbiam kremy do twarzy. Prawda? Jak na razie mam swoich ulubieńców, ale jaką blogerka bym była, gdybym nie próbowała innych? Dzisiejszy bohater skończył się tak nagle, że nawet nie zauważyłam kiedy! A to oznaka, że trzeba o nim wspomnieć. Gotowi? Raz dwa TRZY! (PS. Trzymajcie jutro kciuki, bo mam egzamin z toksykologii klinicznej!)


Krem znajduje się w prostej, miękkiej, plastikowej tubce. Niestety na tubce nie ma napisanego składu (a zmieściłby się). Zamykana jest na klapkę, co nie jest najbardziej higienicznym zamknięciem jeśli chodzi o kremy, ale i tak lepszym niż słoiczek. Z klapką nie ma problemów i nasze paznokcie powinny zostać na swoim miejscu. Tubka opakowana jest w kartonik, na którym zamieszczone są wszelkie informacje na temat produktu. Szata graficzna jak na Iwostin przystało jest prosta, delikatnie apteczna.


Kosmetyki apteczne/dermatologiczne nie mają naturalnych składów. Niestety nie możemy oczekiwać, że w takich produktach będzie sporo natury. Dlatego w takich kremach tego nie oczekuję.  Nie znajdziemy tutaj parafiny, co jest dla mnie ważne, ale za to mamy PEG'i. Na drugim miejscu mamy substancję ułatwiającą rozprowadzanie kremu. Następnie jest sól aluminium. I tutaj moja wina, że znów nie popatrzyłam dokładnie na skład, bo staram się omijać tego typu substancje. Jej zadaniem jest matowienie skóry. Obiecane minerały z wody Iwonicza są przy końcu składu. 


Zapach jest tak delikatny, że już przy aplikacji jest niewyczuwalny. Nie powinien nikomu przeszkadzać, ani drażnić. Konsystencja kremu jest bardzo lekka, dobrze się rozprowadza i szybko wchłania, nie zostawiając żadnego nieprzyjemnego filmu na skórze. Niestety to chyba jeden z najmniej wydajnych kremów jakich miałam.Wystarczył mi na 1,5 miesiąca, co jest takim średnim wynikiem, ale też przecież nie wydajemy kroci na ten krem.


Cena kremu to ok 20 złotych, a sam Iwostin dostępny jest w SP i innych aptekach. Jeśli się nie mylę to chyba również w Hebe.


A teraz najważniejsze. Jak działa krem? Nie mogę powiedzieć, że był zły. Delikatnie nawilżał, jednak nie było to nawilżenie jakiego potrzebuję w okresie jesienno-zimowym. Dlatego propozycja producenta o tym, by stosować go 2 razy dziennie nie mogła być przeze mnie spełniona. Na noc potrzebowałam czegoś lepiej działającego. Dobrze współpracował z podkładami, nie wysuszał, ani nie podrażniał. Co dla mnie ważne nie uczulił, ani nie spowodował wysypu niedoskonałości. I gdyby nie to, że dość słabo nawilża to nie miałabym mu nic do zarzucenia. Jednak dobrze matowił skórę, jeśli to dla kogoś ważne. Ja natomiast jak wiecie mam obsesję na punkcie nawilżania skóry i jej odżywiania, mimo że posiadam cerę mieszaną. Dlatego wątpię, że do niego kiedyś wrócę. Jednak nie okazał się klapą jak wersja dla wrażliwych skór, za co wielkie dzięki dla niego!

Miałyście z nim do czynienia? A może również kierujecie się w stronę natury i mocnego nawilżania?

No i przypominam wam, że rozdanie z rosyjskimi kosmetykami kończy się już w tym tygodniu!


wtorek, 25 listopada 2014

Eveline, Magiczny krem CC

Sama nie wierzę, że w końcu piszę tą notkę! Pamiętacie moich ulubieńców, gdzie pojawił się ten krem? Wykończyłam opakowanie i nie zmieniłam o nim zdania - mój ulubieniec! Przy recenzji kremu CC od Bielendy wiele razy podkreślałam, że jest gorszy od Eveline. To prawda, a jeśli chcecie się dowiedzieć, czegoś więcej o nim to zapraszam!


Zacznijmy od tego dlaczego zaczęłam używać tego kremu CC. W lato zdarzył się taki moment, że postanowiłam się pójść opalać (z filtrem 50+) ze znajomymi. Jednak opalanie nad Wisłą pod domem, to nie jest najlepszy moment na makijaż z podkładem. Z racji, że twarz była w dobrym stanie, uznałam, że mogę nałożyć coś na twarz, co delikatnie wyrówna kolor i zneutralizuje czerwienienie się. Myślałam, że może akurat będzie to coś w stylu kremów BB, ale myliłam się, bo okazał się moim ulubieńcem! 


Krem przyciąga uwagę już samym pudełeczkiem, no bo przyznajcie się: Która z was jest sroką? Złoto przyciąga i to bardzo! Sama tubka też ma elementy złote, a jej cała powierzchnia opalizuje w słońcu. Jednym słowem oryginalnie i z rozmachem!


Co do zapachu nie mam się do czego przyczepić, bo jest delikatny, słodko-kwiatowy. Nie utrzymuje się długo na twarzy. Konsystencję krem ma dość lekką i łatwo się rozprowadza. Krem jest magiczny, co zapewne już wiecie co oznacza. Na początku jest biały, a w nim zatopione są czarne kropeczki, które pod wpływem masowania uwalniają z siebie pigment i krem magicznie przybiera kolor beżowy.


Skład do najlepszych nie należy, bo oprócz gliceryny, kwasu hialuronowego i wosku pszczelego nie widzę nic do połowy składu co by było wybitnie dobre.. Ale jedno muszę napisać - krzywdy nie zrobił, nic złego mi się po jego użyciu nie działo.




Krem znajdziemy w drogeriach w standardowej cenie ok. 20 złotych. Dla mnie bomba, bo przynajmniej milionów nie wydam : ) A patrzcie też na to, że ma w sobie filtr SPF 15!


Jeszcze raz podkreślę - to jest mój ulubieniec w swoich fachu. Stosuję go jako bazę pod podkład, dzięki czemu moja twarz wygląda na zdrową i rozpromienioną. Ma bardzo jasny kolor, przez co bladolice o zabarwieniu neutralnym będą bardzo zadowolone. Naprawdę to cud, że kolor jest neutralny bardzo jasny, a nie jakiś dziwny żółtawo - pomarańczowy. W odróżnieniu od wszystkich innych rozświetlających produktów, nie zawiera drobinek brokatu mniejszych, większych. Tylko tak jak lubię jest to złoty pył! Takie rozwiązanie przekonało mnie do niego całkowicie! Buzia świetnie odbija światło, a efekt ten utrzymuje się nawet po nałożeniu podkładu. Krem ten ani się nie roluje, ani nie ściera. Dzięki temu świetnie nadaje się jako baza pod makijaż. Makijaż na nim utrzymuje się cały dzień, bez żadnego problemu i nieestetycznego wyglądu. Dzięki pigmentowi w sobie wyrównuje koloryt skóry i zakrywa delikatne zaczerwieniania skóry, ale nie jest to na pewno krycie, które by mi wystarczało. Nie spowodował żadnej alergii, ani podrażnienia. Nie zauważyłam żeby nawilżał, bo używam pod niego kremu z Arkany, który daje nawilżenie na wysokim poziomie. Co bym w nim zmieniła? Ulepszyła skład, a tak to chyba jedynie powiększyła tubkę, żebym nie musiała często po niego biegać : ) Z czystym sercem polecam, wypróbujcie!


 A jak z nim u was? Miałyście? Polubiłyście? Czy uważacie za zbędny?

Pamiętajcie o rozdaniu z naturalnymi kosmetykami


niedziela, 23 listopada 2014

Bielenda, CC CREAM Face Perfector

Gdybym miała zacząć tą notkę jak zwykle napisałabym znów: ale jestem zmęczona. Ale no cóż, życie! Od dziś za to mam certyfikat na wykonywanie zabiegów na kosmetykach Jadwigi, więc cały czas coś robię w kierunku upiększania innych. Za to jutro lecę znów malować na sesję, co mnie bardzo cieszy! 

Wiele razy wspominałam, że lubię mat. Nie lubię balsamów z drobinkami, nie lubię podkładów rozświetlających, ani niczego co by się błyszczało drobinkami. Jednak każdy kiedyś zmienia swoje upodobania i w ten sposób zaczęłam używać kremów rozświetlających pod makijaż. Efekt? Jeden pokochałam, a drugi.. No cóż skończył się, dlatego czas coś o nim powiedzieć.


Bielenda to marka chyba wszystkim w Polsce znana. Mają w swojej ofercie lepsze i gorsze produkty, nawet w linii profesjonalnej, z którą cały czas się poznaję. W sklepach jest wiele ich produktów w detalu, a nowa szata graficzna BARDZO kusi! Jednak muszę się przyznać, że dopóki na blogach nie zaczęły się pojawiać recenzje CC kremów od nich, to nie wiedziałam o ich istnieniu.


Opakowanie jest bardzo przyjemne dla oka, no bo kto nie lubi złotych detali? Krem znajduje się w zakręcanej tubce i mimo, że wolałabym łatwiejsze rozwiązanie typu na klapkę albo typu airless to nie jest źle, bo do końca produkt jesteśmy w stanie wycisnąć. Na pudełeczku mamy napisane wszystkie interesujące nas rzeczy, opisy i skład.


No właśnie skład! Powiem wam, że naprawdę jestem pełna podziwu, bo skład zły nie jest! Zauważcie, że na początku mamy niacynamid, czyli witaminę B3, olej z pestek brzoskwini, masło kakaowe. Nie wpakowali tu parafiny, a zapach jest daleko w tle!


Muszę przyznać, że zapach jest bardzo przyjemny. Słodki, delikatnie kwiatowo-owocowy? Rano orzeźwia i otula miłym zapachem, który całkiem dobrze ogarnia śpiącą mnie. To bardzo lekki krem, którego nie trzeba dużo, by posmarować nim całą twarz. Przez co wystarczył na ok 1,5 miesiąca (ale pamiętajcie, ja go nakładam gąbką.


Krem ten można kupić za ok. 20 złotych w drogeriach, nie dużo prawda? Chociaż, czy warto wydać cokolwiek na niego?


Naprawdę chciałam, żeby nam się udało! Po miłej i przyjemnej relacji z kremem CC od Eveline, nie sądziłam że ten nie będzie równie dobry. I w tym przypadku uważam, że to co 10000 w 1 nie sprawdza się. Najwygodniej będzie mi pisać po kolei jak idą obietnice producenta. Krem miał neutralizować cienie. Niestety nie poradził sobie z moimi, chyba że budziłam się wyjątkowo wypoczęta i moich cieni prawie nie było. Fakt wtedy, wyglądały odrobinę lepiej. Muszę się zgodzić z tym, że dodawał blasku, jednak nie był to blask długotrwały nad czym bardzo ubolewam. Nie usuwał oznak zmęczenia i stresu, na serio nie wiem w jaki sposób mógłby to robić, ale wcale nie wyglądałam na bardziej wypoczętą.


 Czy tonował? Możliwe jednak nie mam jak tego sprawdzić, a czy ujednolicał kolor? Niestety nic z tych rzeczy i ubolewam nad tym, bo Eveline to robił! Niestety o długotrwałym nawilżaniu to też raczej mowy nie ma, jednak używałam go równolegle z moim ukochanym kremem, ale na pewno po posmarowaniu twarz wydawała się gładka i miękka. Rozświetla skórę, dzięki malutkim drobinkom, które są w środku. Wolałabym, żeby to był pył, a nie drobinki, ale cóż... Nie poprawił kondycji skóry, a przynajmniej ja tego nie zauważyłam, a czy łagodził podrażnienia? Trudno to ocenić. Jak skuteczny filtr jest w nim też nie mi oceniać, bo ja codziennie używam osobnego filtru 50+. Z punktem numer 10, czyli wygładzenie skóry i nadawanie się jako baza pod makijaż.


Jak widzicie ma sporo plusów, jednak obecność drobinek i nie robienie efektu wow jak Eveline spowodował, że nie wrócę do niego, bo nie zachwycił niestety. To taki przeciętny krem rozświetlający z ładnym zapachem. Nie jest zły, ale wspaniałym też nie można go nazwać.  Nie miał ani odrobiny krycia co mnie w nim dość bardzo irytowało, bo robię wszystko by moje okropne blizny na twarzy maskować, a tu niestety w tym kierunku nic nie robił. Nie uczulił mnie, ani nie zapchał, co dla mnie jest bardzo istotne!


Jednak nie przekreślam tych kremów, bo podobno w swojej ofercie mają zielony, który wiele dziewczyn chwali i zamierzam go wypróbować, jak tylko skończę swoją zieloną bazę z Catrice.


A czy któraś z was miała z nim do czynienia? Jak wrażenia? A może to ja jestem taka wybredna?


I pamiętajcie o rozdaniu, bo do wygrania są kosmetyki naturalne, ręcznie robione Full Mellow.


czwartek, 13 listopada 2014

Arkana, Sakura Terapeutyczny krem do skóry naczyniowej i wrażliwej

Czy naprawdę musi być tak okropnie zimno? No powiedzcie czemu tak jest? : c Jedyne co mi zostaje to herbata, kawa, kocyk no i moje woski! Kolejna środa będzie chyba kwiatowa, zobaczymy : ) Ale nie o woskach dziś, a o kremie, który wam tak bardzo chwaliłam. Gotowi? No dobra zaczynajmy!

W ramach wstępu chcę zaznaczyć, że nie mam cery naczyniowej, ale za to mam cerę wrażliwą. Jej wrażliwość wzmaga się teraz, gdy stosuję kurację kwasami. Dlatego krem wpisuje się w 10 w moje aktualne potrzeby! 

W przykuwającym uwagę różowo-błyszczącym kartoniku znajdujemy krem. Buteleczka, w której jest zamknięty jest moim ulubionym type, czyli typu airless. Dla mnie to duży plus bo aplikacja jest najbardziej higieniczna z możliwych. Pompka ma również możliwość ustawienia ilość wypompowanego produktu, co wierzcie mi jest wspaniałym rozwiązaniem, bo nie trzeba się namachać by nałożyć odpowiednią ilość, ani nie wypada z niego za dużo kremu. Sami dozujemy ilość w zależności od potrzeb.



W składzie nie znajdziemy żadnej parafiny, parabenów czy też PEG'ów. Nie zawiera również dużej ilości zapachu, a olejki i ekstrakty są w pierwszej połowie składu. Jednak osoby, które nie wiedzą, czy komedogennie działają na nich oleje awokado i makadamia powinny wpierw to sprawdzić za nim skuszą się na dość drogi krem, ponieważ ich zawartość jest dość wysoka.


Co do zapachu tu jestem jego wielką fanką. Dla tych osób, które lubią się w bezzapachowych produktach z góry ostrzegam - krem pachnie konwalią! Dla mnie to cudowny zapach, ale wiadomo może komuś się nie podobać. Po nałożeniu pachnie tylko minutę i niestety staje się bezzapachowy. Nie jest to gęsty krem, ani lejący się. Jego konsystencja jest dość standardowa, przez co na prawdę nie trzeba wiele go na jednokrotną aplikację. Używam go już prawie 2 miesiące, a mam go jeszcze na jakiś miesiąc. Więc wydajność jest na prawdę dobra. 


Jego niewątpliwym minusem jest cena. Bo normalnie kosztuje ok. 100 złotych, to jednak warto zapolować na niego na targach, gdzie będzie kosztował ok. 70 złotych, a to już cena jest całkiem przyjazna. Firma Arkana jest dostępne w salonach kosmetycznych, na targach czy też w wybranych hurtowniach kosmetycznych.


A teraz najważniejsze, czyli jak ten krem działa. Jak już wspominałam cery naczynkowej nie mam i tu wam niestety nie powiem jak wpływa na taką. Jednak mogę wam powiedzieć, że jeśli wasza cera jest wrażliwa, albo jak jesteście po zabiegach kosmetycznych typu kwasy, mikrodermabrazja czy też inne zabiegi powodujące podrażnienia, to ten krem jest dla was idealny! Krem ten świetnie nawilża buzię, dlatego osoby z suchą cerą lub po opalaniu mogą z niego być na prawdę zadowolone. Od momentu kiedy zaczęłam stosować go, skóra na twarzy rozjaśniła się. Nie podrażniał, nie uczulał i nie zapchał mnie, ale tylko dlatego że moja cera znosi olej awokado i makadamia. Po regularnym stosowaniu zauważyłam też wyraźne zwiększenie elastyczności skóry, która stała się również mięciutka.  Ten krem to mój aktualny hit w pielęgnacji i jestem pewna, że do niego wrócę, gdy tylko skończę swoje "maciupeńkie" zapasy. Jego cena może odstrasza, ale wierzcie mi że pokochałam ten krem całym sercem. Stosowałam ten krem również na innych osobach i każda mówiła, że ten krem jest genialny i zmiękcza skórę. W dodatku nadaje się pod makijaż, nie roluje się ani nie przyspiesza przetłuszczania twarzy.


Powiedzcie, czy miałyście do czynienia z kosmetykami Arkany? Możecie mi coś polecić? Powiem wam, że mam ochotę na więcej ich kosmetyków i na wiosennej edycji targów porobię trochę zapasów : )


czwartek, 6 listopada 2014

Pharmaceris, Krem Peelingujący z 5% kwasem migdałowym

Czy też macie tak, że śpicie po kilkanaście godzin i się nadal obudzić nie umiecie? Ja ostatnio mam tak, że mogłabym chyba spać po 15 godzin minimum... A jutro zajęcia na 7:30... Serio mechanika tak wcześnie będzie dla mnie dramatem!
Jednak nie o moich studiach dzisiejszy post będzie, chociaż jak chcecie to wam kiedyś napiszę o nich : ) Dzisiaj wam napiszę o kremie do twarzy, który wpadł do mnie z racji wymianki i tak nadal jesteśmy razem. A o czym mowa? O kremie Pharmaceris z 5% kwasem migdałowym na noc. Te osoby, które odwiedzają mnie już od dłuższego czasu, wiedzą że już kiedyś ten krem wyróżniłam. Ciekawe czy coś się miedzy nami zmieniło? Zapraszam!


W kartoniku znajdujemy opakowanie typu airless, które jak już wiele razy mówiłam jest moim ulubionym typem jeśli chodzi o kosmetyki. Pompka nie zacina się, ani nie psuje, a w dodatku jest bardzo higieniczna. Szata grfaiczna jest przyjemna dla oka i taka no wiecie profesjonalna!


W składzie nie znajdziemy żadnej parafiny, czy też gliceryny. Na drugim miejscu jest już kwas migdałowy. Niestety pod koniec są obecne parabeny. Ja się pytam - CZEMU? : c

Od producenta


Krem nie pachnie wybitnie ładnie. Raczej jest to zneutralizowany zapach kwasu migdałowego. Jednak szybko się ulatnia i nie przeszkadza nam. Miłośnicy pięknych zapachów są zapewne zasmuceni, ale nie zapach w pielęgnacji twarzy jest najważniejszy.


Krem jest bardzo lekki i nie trzeba wiele bo max 1-2 pompki, by solidnie nakremować buzię.  W dodatku nie bieli jej i szybko się wchłania. Dzięki czemu zawsze można  dodać na niego warstwę czegoś nawilżającego. Używam go od 3 miesięcy co drugą noc i nadal się nie skończył, co wierzcie mi jest bardzo dziwne, bo kremy na noc lubią się u mnie zużywać dość szybko.



Nie będzie zaskoczeniem, że polubiłam go. Nakładałam go na początku codziennie i trzymał w ryzach buzię. Niestety w pewnym momencie moja cera zaczęła potrzebować intensywnego nawilżenia, przez co krem zaczęłam nakładać co drugi dzień. Dzięki niemu aktualnie uzyskuję efekt ślicznie rozświetlonej buzi, każdego poranka. W dodatku nie potrzebuję aż tak często głębokiego oczyszczania jak kiedyś. Pory są delikatnie zwężone, a cera gładka. Niestety zauważyłam, że po takim czasie moja cera się do niego przyzwyczaiła i potrzebuje czegoś mocniejszego. Dlatego kolejny krok to będzie kupno tego z 10% kwasem migdałowym, lub też dorwę coś na targach. Pamiętajcie, że gdy używacie kwasów obowiązkowe są kremy z filtrem!


Krem kosztuje ok. 35 złotych w Super Pharm, a gdy są promocje cena spada do jakichś 25 złotych. Wydajność rekompensuje niezbyt niską cenę. Czy polecam? Mimo wszystko tak, chociaż jeśli ktoś jest zaznajomiony z kwasami to 5% może być za słabe w działaniu.


A wy miałyście z nim do czynienia? A może u was nie sprawdził się całkowicie?

Przypominam jak zwykle o rozdaniu!